O zmierzchu, czwartego dnia od opuszczenia sadu, koń skręcił w napotkaną przerwę w ścianie zarośli i znaleźli się na bardzo starym, prawie zarośniętym szlaku, który piął się łagodnym zboczem góry. Noc spędzili w pobliżu szczytu. Michael spał pod gołym niebem u stóp rozsypującego się kopca, a koń stał obok wpatrując się w żar dogasającego ogniska. Michael obudził się tuż przed brzaskiem i ujrzał srebrzyste pasmo przecinające niebo. Przetarł oczy i znowu spojrzał w górę. Od horyzontu do horyzontu, pod kątem mniej więcej trzydziestu stopni, rozciągała się wstęga perłowego światła. Była pocętkowana jak księżyc i mogła być właściwie bardzo wydłużonym księżycem, chociaż miała cztery razy większą szerokość. Z nadejściem świtu wstęga rozpadła się na zamglone dyski, które pokruszyły się na rozmazane smugi i znikły.

(Reklama: , blacha )